mnl bye

dzis ostatni dzien w mnl. jutro lece do bkk.
w ciagu ostatnich dni probowalam nadrobic filipinskie zaleglosci. zjadalam nawet balota 🙂
do zobaczenia w PL

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

tralala to juz koniec studiowania w Manilii

Wczoraj w pt o godzinie 19.30 skonczyly sie mi ostatnie zajecia. chyba też te najlepsze
szybko to sie wszystko skonczylo. Ostatnie zajecia mialam z moja ulubiona pania prof. Maoi(trzeba do niej mowic po imieniu) ktora na zakonczenie przygotowala piwa i cos specjalnego z kazdego kraju od osob przyjezdnych. ja bylam reprezentowana przez Pl wodkę Belweder. wodka zniknela w mig. ja wypilam z sokiem z mango, dosc dziwne polaczenie, ale w koncu jestem na Filipinach. dzis mamy pozegnanie przy basenie szkoolnym, wiec zmykamy by zakonczyc pisanie.
jutro rano lece na Palawan, czyli najpiekjniejsza chyba wyspe na swiecie. Jezeli ogladaliscie film Beach z Leonardo Di Caprio to zostal on nakrecony na podstawie ksiazki mowiacej wlasnie o Palawanie.
Zamierzam zwiedzac,plywac, leniuchowac, nurkowac, jest i pic duzo mango szejkow.
po powrocie zostane w MAnili przez ok 10 dni. wiec bede miala czas zrobic jakis szoping, nauczyc sie jeździć na longobardzie;p i porobic zdjecia przedswiatecznej MAnili. moze pojade jeszcze szybko posurfowac. CAly czas mnie kusi Siargao i CLoud9. moze na kilka dni bym tam pojechala. Potem 21 lece do Bangkoku , bede tam na Święta i Nowy Rok. CZyli full moon party w Tajladnii. Jade z kolega z Meksyku, na miejscu spotkamy innych ludzi z Ameryki Środkowej i pewnie z calego Świata.

po Nowym Roku wracam szybko do PL. wlasnie kupilam nowe bilety i wracam 3ciego stycznia przez Moskwe. Mialam zwiedzac Kambodze i wcale nie jechac do Tajlandii, ale dostalam oficjalnie potwierdzenie od rządu Japonskiego, że dostalam stypendium i że jadę w kwietniu, wiec musze szybko wrocic, napisac prace, zaliczyc przedmioty expresowo, obronic się i wyleciec do Japonii.

papa
3majcie za mnie kciuki i do zobaczenia

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

koncowkaa

Poprzedni weekend(17-19.11,2011) spedzilam w Baler surfujac lub probujac to robic. Planowalismy wyjechac ok 1 w nocy by byc na 7 i od razu wejsc do wody. Szybki wygodny autobus jedzie ok 5,5-6h.
Nasza wycieczka rozpoczela sie od problemow, poniewaz autobusy o godzinie 1w nocy byly juz pelne i kolejny wolny byl 4. Poszukalismy wiec innego ktory jedzie w tym kierunku i mielismy sie przesiasc w jakims miescie i dalej jechac.
Pierwszy autobus jechal ok 3-4 godizny, wiec bardzo w porzadku,pozniej jednak sie przesiadlismy i czekalismy w autobusie 2h az sie wypelni. I sie nie wypelnil, ale na szczescie znalazl sie inny autobus ktorym wyruszylismy. w TV lecial Titanic i inne hity, ale ja wolałam spać. Niestety po drodze okazalo sie, ze byly silne opady dzzien wczesniej i ziemia sie osunela i czekalismy kolejne 2h w jednym miejscu by jakos przejechac. W sumie dojechalismy chyba na 12-13 na miejsce. Na pocieszenie okazalo sie, ze znajomi co jechali tego samego dnia zlapali gume i tez te osuniecie ziemi i jechali tyle samo autem.
Szybko wypozyczylam deske i do wody. Hmmm. Fale mnie troche stlamsily, ale sie nie poddawalam. Jednak moje szansy nie byly za duze. Caly dzien nie jedlismy, wiec po zacchodzie slonca i ogarnieciu sie poszlimsy jeeesc. Pyszna rybka byla, wiec bylam szczesliwa po calym dniu. Kolega z Wloch rozcial sobie noge, wiec pierwszej nocy sie wqrzyl i wrocil, ale w jego miejsce przyjechal kolega z Meksyku, Oskar i bylo jeszcze fajniej. Pierwszej nocy odbyla sie impreza z okazji loklanego konkursu surferskiego. Kolejne dni obfitowaly rowniez w fale, jedzenie i czasem jakies piwo.

W ten weekend tez pojechalam surfowac, ale do LA Union i byl to przemily weekend, bo sobie jakos wypoczelam, fale byly mniejsze wiec pouczylam sie trcoche i czasem niezle mi to wychodzilo. niestety moje super japonki podroznicze Havaianas zostaly mi odebrane nieswiadomie, tzn. ktos je ukradl. dluzsza histria, ale byly one niesamowite i przykro mi ze ktos sie tak z nimi obszedl. wrocilam we wtorek wieczor. opalona twarz, reszta raczej ukryta pod surferska koszulka

szkola mi sie konczy juz w zasadzie w tym tygodniu. opracowuje reszte planow i to tyle

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

sie zebralo zdjec

wrzucam trochę zdjęć, które zrobiły się w Manili i okolicach.
Filipinczycy kochaja Amerykę, widać to wszędzie. Szczególnie w sklepie spożywczym. W 7/11 lub w mini stopie mozna kupić smiało czekoladę Hersheya czy moje przepyszne ulubione Reesesy. Malo tego, Algida(czyli filpinska Selecta) zrobila kolaboracje z Reesesami i stworzyla przepyszne lody z kawalkami Reesesów wewnątrz.
„Chunks of Reese’s Peanut Butter Cups in milk chocolate ice cream” to brzmi przepięknie dla mych uszów.

Jedyny problem jest taki, że moja zamrażarka jest wersji mini i nawet najmniejszego pudelka nie moge tam wlożyć. Wiec jak się kupi to trzeba zjeść je od razu.

Mam tez zdjecie z jakimiś Panami, którzy musza być by witać najważniejszych gości, nie jestem pewna kim oni są. Ale bardzo chętnie pozowali.
Na innych zdjeciach widać rozne miejsca i wydarzenia, np. mile miejsce zwane Collective, gdzie maja siedzibe bardziej artystyczne spolecznosci, sklepo-galerie i nawet milo tam jest pojsc.
Pozniej zdjecia z malla zwanego Greenhilsem. Sprzedaje sie tam wszystkie podroby swiata. zaczynajac od Louis Vittou po Vansy, Omegi, A&F, Ipady itd. Oczywiscie za biala twarz cena wzrasta, ale da sie nawet nieźle potargować szczegolnie na zakonczenie dnia.

jeszcze kilka zdjec z koncertu Black Eyed PEas. bardzo filpinski byl ten koncert (jeden z nich pochodzi z Filipin)

Jeszcze zdjecia z imprezy urodzinowej kolegi Alana. urodziny jak z my sweet sixteen. zepol na zywo, butka ze zdjeciami, kamerzysta, pan fotograf, tort, muffinki na wynos, balony, nawet alkohol, basen i jeszcze do tego wszyscy byli przebrani.

W nastepnym tygodniu mam ostateczna prawie masakre w szkole, codziennie jakies zaliczenia i egzaminy i mnostwo projektow do skonczenia, wiec pewnie nie znajde czasu na jakis wpis. moze beda jakies zdjecia z wyjazdu weekendowego za to. surfing in baler!

link do zdjec:

Allaround
Opublikowano Uncategorized | 3 komentarze

Urodziny na basenie

WE czwartek zorganizowalismy moje i kolegi z Belgii urodziny. Odbyly sie one na moim basenie na ostatnim piętrze z widokiem na calą Manilę. (aż sama sobie zazdroszczę).
Nie trwaly one za dlugo , bo o 12.30 po polnocy trzeba bylo się zbierać, ale kilka godzin i tak wystarczyło żebym się nacieszyła urodzinami.
Nie byly to moze moje typowe urodziny, bo zawsze wszystko mam przygotowane, duzo jedzenia itd. Tu mialam za to dosc duzego ( ale nie tak dobrego jak mojej mamy) torta i nawet jeszcze specjalne mufinki, ktore byly czadowe. Jakies dodatki itd.
Szkoda, ze nie bylo drinkow z palemką, ale nie za bardzo moglam pić tego wieczoru, wiec rozkoszowalam się aleosowym napojem.
Troche harcow w wodzie i na brzegu też było. Chlopcy zorganizowali sobie slizgawkę i się przednio bawili.
Szybkei sprzatanie, na szczescie jakiś Pan z budyku byl za to odpowiedzialny, potem przebieranie i dalsza cześć wieczoru.
Kto nie byl niech żaluje!

K&M poolbirthday
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Malaysia – Borneo – Sabah

Proszę zaparzyć sobie herbatkę, lub przygotować piwo, bo będzie trochę czytania i oglądania zdjęć!

– Malaysia
Filipinczycy rowniez maja swoje 1 wszo listopadowe Święto. W szkole bylo kilka dni wolnego. Troche zajec trzeba bylo ominac, ale ostatecznie kupilam bilet do Malezji. 9 dni, brzmi nieźle. Ale oczywscie pierwszy i ostatni dzien to lot, podrozowanie, ale i tak to dosc czasu by zobaczyc Borneo. Na dodatek moja wiza prawie sie skonczyla, wiec musialam opuscic kraj by wrocic na turystycznej 21dniowej.
28.10 wylecialam z Clark- Manila. To jakies 2,5 h autobusem. Tym razem podrozowalam slawna Airasia.Ale o tym pozniej. Przed podroza zrobilismy plan, ktory mial tylko kilka najwazniejszych rzeczy do zrobienia. Naszym glownym celem byla gora Kinabalu i 2dniowa wspinaczka. Wiedzielismy tez ze trzeba sprobowac posurfowac, zobaczyc orangurany i ponurkowac.

Kota Kinabalu
Lot sie troche opoznil, w Kota Kinabalu( Borneo- > Sabah) przybylismy ok 18. Czekalismy na autobus(bo tansy) ktory nie przyjechal przez 1,5h wiec zmuszeni bylismy wziac taxowke do miasta. Juz tu mozna bylo zauwazyc ze transport w Malezji jest zupelnie inny niz na Filipinach. Malo jest tu duzych autobusow, raczej minivany lub nielegalne taxowki 
Matt szybko zaprzyjaznil sie z jakas Francuska dziewczyna wiec moglismy smialo podzielic taxowke, pogadac i przynajmniej nie bylo problemu z tym, ze wieziemy deske surfingowaa ze soba(taxowkarze nie chca brac).
Aaa zapomnialam. Malezyjskie Rynggity MYR sa warte praktycznie tyle samo co PLN. 1zł=1MYR wiec bardzo wygodne ‘przeliczanie’.
Na miejscu przypaletal sie do nas jakis chudy i dziwny chlopaczek z Malezji ktory zaprosil nas na tracycyjny malezyjski slub swojego kuzyna, co brzmialo dosc zachecajaco. Ale pozniej okazal sie dosc podejrzany, wiec po prostu go olalismy. Znalezlismy bardzo szybko tani hotel. 25MYR za noc za 2 osoby.(ostatecznie zostalismy stalymi klientami i spedzilismy tam 3 noce w ciagu naszej wycieczki). Warunki oczywiscie byly takie za jakie zaplacilismy, ale oblsuga byla mila i pomogla nam z deska itd.

Oczywiscie bylam glodna, wiec wyruszylismy w poszukiwaniu jedzenia. Malezyjskie jedzenie to mieszanka roznych kuchni, filipinskiej, indyjskiej itd. Trzeba pamietac, ze Malezja to panstwo muzułmanskie. Panie chodza w chustach, starsze czasem w strojach, ale teraz juz pozwalaja na wiecej i mlodsze generacje moga wiecej, ale nie mozna spać w hotelu jezeli nie jest się małżeństwem. Panie powinny miec zakryte ramiona i kolana. Niestety ja czasem tego ni przestrzegalam, bo bylo za goraco. Mam nadzieje, ze nikogo moim zachowaniem nie obrazilam, bo oni czasami sie za to obrazaja.
Jedzenie bylo spoko, duzo warzyw, niestety troche grzybow, napisy chinskie, ale zrozumieli ze bez miesa wiec spoko. W Malezji nie mowia po angielsku tak jak na Filipinach, wiec mielismy wiecej problemow z niektorymi ‘przypadkami’

KUDAT- tip of Borneo
Rano wyruszylismy do Kudat, oczywiscie minivan ktory mial byc o 7 stwierdzil,ze wyjedzie po 9, a na dodatek jak zbierze iles osob i nie da rady wziac deski. Chcielismy sie wybrac na dworze za miastem, co tez bylo problemem, ale wyczaila nas nielegalna taxowka i za dyszke na zawiozla z 15km wiec dosc przyzwoicie i bez narzekania. Ciekawy sposob zarobkowania, duzo osob tam tak robi. Ponadto kroluje tu jedna Malezyjska marka, nawet nie wiedzialam ze taka istnieje. Wszyscy jezdza tymi malymi autkami i uwielbiaja tu tuning. Oczywiscie wszystko w tandetnym wydaniu, swieci sie, miga, bija lasery, jak choinka. Nie maja chyba za bardzo co tam robic. Ze stacji autobus do Kudat – czyli miejscowosci najbardziej wysunietej na polnoc Borneo. Autobus oczywiscie jechal duzo dluzej niz powininen. Chyba z 4h. Na miejscu jacys lokalni nam troche pomogli, znalezlismy kolejny tani ‘hotel’ tym razem jednak pokoj wygladal jeszcze gorzej, ale to nie byl problem. Łóżka to byly po prostu same wygiete spręzyny, ze jak sie polozylam to mialam wzor na plecach. W ciagu dnia pojechalismy na tip of borneo. Zapoznalismy tam Brytyjczykow, ktorzy sobie wolontariuszuja i pracuja za nocleg i jedzenie, pogoda iscie plazowa, wiec trzeba bylo sie wykapac. Nikogo w okolicy, a miejsce przepiekne. Poszlismy na czubek Borneo – >
tip
Tak wlasnie wyglada z lotu ptakaFale byly dosc silne, zabraly ze soba jedna koszulke i prawie mnie. . Probowalam zrobic kilka zdjec, fala zalala troche moj aparat(ale dalej dziala!). Niestety moj telefon sie zalal i zagrzal i obecnie jest w naprawie. Obijanie, zwiedzanie, jedzenie, przedzachodnie surfowanie. Niestety nasza ultra nielegalna taxowka przyjechala za wczesnie i trzeba bylo wracac do miasta Kudat, ktore o godzinie 21 jest kompletnie wyludnione, nie mozna nic kupic, jedyny bar w najepszym hotelu jest zamkniety, ale to dobrze, bo piwo kosztuje z 18zl za puszke.
Malezyjczycy nie maja wlasnego piwa, sprowadzaja Tigera z Singapuru i tak sobie niby radza. Kupuja zazwyczaj w zgrzewkach, bo w sklepie kosztuje ok 5-6zl. Co do innych uzywek, to jest kara smierci za posiadanie, wwozenie i wszystko co zwiazane z marihuana itp. I kraza rozne historie o egzekucjach turystow 😛
Nastepnego ranka odebrali nas znajomi z resortu na koncu Borneo, wyporzyczylismy kajak i maske do snorkowania i ruszylismy na wyspe z latarnia morska. Wyprawala troche trwala, bo fale byly dosc duze, zalalo wiec aparat Matta. Same dobicie do brzzegu bylo dosc trudne, bo byly skaly i duzo tnaco-krojących stopy muszli.
Wyspa dosc smieszna, byla tam stara latarnia morska, ale ulegla ona zniszczeniu i teraz znajduje sie taka plastikowa bez zywej duszy wewnatrz. Snorkowanie tez dosc mile, duzo rybek i ladnych muszli znalazlam. Zrobilismy maly piknik na wyspie, tunczyk z serem w okropnym tostowym chlebie. W drodze powrotnej plynelismy z pradem, wiec szybko wrocilismy. Krotki odpoczynek i niestety znowu nie bylo fal na surfowanie, wiec pozyczylismy skuter i polecielismy z deska do miejsc gdzie niby mialy byc fale. Fal nie bylo, ale znalezlismy kilka fajnych miejsc i krow po drodze .
AAA znowu zapomnialam napisac. W Malezji sie prowadzic po lewej stronie, dosc smiesznie bylo wiec prowadzic motor i skrecac w prawo „pod prac”  Nie jest to takie trudne, ale trzeba pamietac, by prowadzic przy lini. Raz zapomnialo sie nam ze trzeba prowadzic po lewej stronie, ale na wiosce to w zasadzie wszyscy jezdza jak sie im chce. Wieczorem pilismy i rozmawialismy Tigera z lokalsami, ustawili nam namiot w dzungli z widokiem na morze i do spania. Rankiem mielismy dobre sniadanko ze znajomymi i pojechalismy z Tutu i Brytolami w poszukiwaniu fal. Poszukiwania trwaly troche, niestety prawie bezowocnie, jednak plaze byly dosc interesujace, a woda goraca  Trzeba bylo jednak wracac, bo ostatni autobus byl o 13.30. Trafilismmy idealnie i wracalismy z 5h do Kota Kinabalu. Nastepnego ranka musielismy sie obudzic o 6 i wsinac caly dzien, wiec wieczorem w zasadzie polazilismy, pojedlismy, zrobilismy zakupy w gory i juz bylo ciemno i trzeba bylo spac.
Rankiem znowu byly problemy z transportem. Deske zostawilismy u Szefa Hotelu, ktory byl baardzo pomocny. Poczekalismy troche na busa, zjedlismy i ruszylism w podroz do Mount Kinabalu.

Gora Kinabalu- 4093m
Wspinaczke troche wczesniej zaplanowalismy, przeszukalam internet by wiedziec co i jak, bo przewodnik mowil, ze wejscie nie jest takie proste jak sie wydaje. Gora ma 4093m (zmieniali jej wysokosc kilka razy z tego co sie doczytalam). Wiec dosc wysoko. Wspinaczka trwa 2 dni. Mozna zrobic ja niby w 1 dzien, ale pozwalaja na to tylko 4 osobom dziennie i trzeba zarezerwowac taka mozliwosc miesiace wczesniej( jednak to jest bieg, a nie wspinaczka i nic sie nie oglada, bo dzien jest baaardzo krotki) Mielismy szczescie ze udalo sie nam zarezerwowac nocleg w gorze, bo biura i inni organizatorzy wycieczkowi rezerwuja zazwyczaj wszystkie pokoje by potem kupic u nich caly pakiet. Na szczescie po wielu mailach udalo sie zabukowac miejsce, co nie jest takie tanie. Tam jest monopol, jedna firma zajmuje sie wszystkim i nie da sie ominac tych oplat. Po pierwsze oplata za wejscie do Parku Kinabalu, potem nocleg, w ktorym na szczescie jest 5 posilkow zawarte. Oplata za przewodnika- nie wejdziesz bez niego (czasami przewodnicy sa o wiele gorsi fizycznie niz sami zwiedzajacy…) Potem oplata za dowoz do bramy wejsciowej, oplata za ubezpieczenie, za schowek itd itp. Probowalismy podzielic sie przewodnikiem ze znajoma z Irlandi, ale niestety nie zgodzili sie. Dosc pozno, bo ok 12 rozpoczeslismy wspinaczke. Ludzie zaczynaja ja zazwycaj o 9 i zajmuje to 6-7 godzin. Dlatego sie obawialismy, ze nas juz nie wpuszcza, jednak jakos sie udalo. Tempo mielismy znowu niezle. W 4 godziny zrobilismy trase, ktora w zasadzie byla caly czas stopniami i kamieniami pod gore. Troszke pokropilo. Wczesniej obmyslelismy strategie ubraniowa, Matt mial ze soba troche rzeczy do lazenia po gorach, wiec dostalam troche cieplejszych ubran. Jednak pierwszego dnia nie bylo tak ziemno, na dole bylo ok 25 stopni, w miejscu gdzie nocowalismy 6. Moje Onitsuki sie dobrze spisywaly, legginsy , bluzka i bluza Mamy byly bardzo pomocne. Jakoze nie mialam wodoodpornych spodni, to dostalam wielkie ponczo 
Nasza pani przewodniczka jak bardzo mila nie byla, tak bardzo nie mowila po angielsku. Zostala nam przydzielona od tak, zostala niestety w tyle, ale jej i nam to za bardzo nie przeszkadzalo, bo to nie tarasy ryzowe, ze mozna sie zgubic. Mgla nam troche niestety towarzyszyla. Co jakis czas minutka na wode, zrobilismy dluzsza przerwe na lunch w gorach, gdzie wiewiorki kradna jedzenie. Przeczekalismy krotki deszcz i znowu w gore. Widoki byly bardzo ladne, niestety nie widzialm malp, ale ptaszki bardzo przyjemnie cwierkaly, duzo roslin bylo zadziwiajacych. Wspinaczka byla bardzo mila, nie byla latwa, stopnie byly dosc duze, dla moich malych nozek, kamienie tez byly wielkie, ale niezle sobie z tym poradzilam. Po drodze spotykalismy praktycznie samych Angolow, Irlandczykow i ludzi z Kanady, Troche Malezyjczykow. Dostalismy troche wskazowek co do dalszej porannej wspinaczki.
Roslinnosc na poczatku wchodzenia to taka typowa dzungla. Duzo roslin, male wodospady. Im wyzej tym mniej roslinek, zupelnie inne drzewka i potem juz bardzo rzadkie kupki ‘traw’. Ostatecznie dotralismy do naszego miejsca noclegowego. Duze schronisko, Laban Rata na ok. 3270m . Dostalismy cieple reczniki i lodowata wode, wiec prysznic byl baaardzo szybki. Raczej bylo to ochlapanie sie niz prysznic. Kamila szybko zajela sie jedzeniem. Dosc zadziwiajce bylo to, ze bylo dobre. Oni musza tu wnosic jedzenie na plecach. Resort wynajmuje porterow, ktorzy codziennie wspinaja sie do schroniska. Nosza ok 20 kg na plecach. Silacze. Duzo warzywek do wyboru, herbatka, ryz, ciasta, wiec szybko bylam szczesliwa. Mozna bylo jeszcze przez chwile wykorzystac pogode na zdjecia. Pogadalismy z roznymi podroznikami, podzielilismy sie wrazeniami, ale trzeba bylo isc spac, bo o 2 trzeba wstac. Osrodek byl nieogrzewany, ale mielismy koce, w pokoju bylismy z Niemkami, ale nie byly za bardzo gadatliwe, wiec po meczacym dniu szybka mozna bylo zasnac.
O 2.10 w nocy pobudka, ubieranie sie w cieple rzeczy. Dostalam od Matta termala i super cieple legginsy,na to shorty, bluza, kurtka, czapka, rekawiczki ogrodnicze za 2,5zl z antyposlizgami (nic innego nie mozna bylo w Manili dostac). Latarki na glowe i w gore. Szybkie i mile sniadanko o 2,30. I zgodnie ze wskazowkami, wyrszylismy pozniej niz inni. Na trasie nie ma az tak duzo osob, ale przy linach sie robia niby korki i sa problemy z wyprzedzaniem ludzi. 6stopni i w gore. Pierwszy raz chodzilam po ciemku z latarka w gorach. Szybko okazalo sie ze trzba zdjac z siebie zbedne ubranie, bo wspinaczka byla goraca i pozniej na szczycie bysmy zamarzli przez przemoczone ubrania. Wspinanie na linach mozna tez uznac za ciekawe(choc wole schodzenie z linami), skaly tez byly fajne. Dookola ciemnosc i swiatla mniejszych i wiekszych miast i groźne szczyty naszej góry. Przekroczylismy 4000m. NA szczescie moje uszy daly rade i nie mialam problemow z glowa ani oddychaniem. I ostatnie metry pod gore. Na gorze wiekszosc ludzi juz czekala. Niestety trzeba bylo poczekac z 30min na swit, i trzeba bylo sie doubrac i schowac przed zimnem. Na gorze bylo chybo z 0st. Oczywiscie nie ma sniegu, ludzie nigdy nie widzieli tam bialego czubka. Za jakis czas mozna bylo ujrzec wspanialy wschod Slonca. Mozna bylo zobaczyc bardzo duzo, widzielismy nawet Morze Chinskie, doliny, wioski i wszystkie ladne rzeczy. Zobaczcie sami zdjecia to bedziecie wiedziec jak ladnie bylo. Szybko mozna bylo wszystko zobaczyc, poczekalismy jeszcze troche i w koncu jakos ostatni zaczelismy schodzic. Zobaczylismy inne szczyty, np, brzydka rybe, czy brzydka siostre itp itd. I zaczela sie najlepsza zabawa czyli schodzenie z linami. Kto nie probowal to niech zacznie. Po pierwsze kolana odpoczywaja, jest lzej i o nieebo zabawniej. Skakanie jak na filmach od sciany jest czadowe! Moje rekawiczki idealnie sie nadawaly do liny. Super. Ostatnie spojrzenia na morze i w dol dol dol dol. Po jakims czasie dogonilismy resztki i mozna bylo zrobic sobie kolejna przerwe na podziwianie i pozniej juz tylko zejscie do schroniska. Pakowanie ostateczne, zmiana w lzejsze ubranka i kolejne sniadanko. I pozniej juz tylko w dół. Schodzenie jest o wiele trudniejsze niz wchodzenie pod gore. Przynajmniej dla mnie, kolana to czuja, robi sie to za szybko. Jescze deszczyk po drodze i chwila nieuwagi i nieuwazna Kamila znajduje sie na ziemi. Na szczescie obylo sie bez kontuzji i w szybkim tempie zeszlismy. Zoabczylismy slynna rosline pozerajaca muchy – dzbanecznik, dosc zadziwiajaca, w srodku wypelniona woda i utrzymuje sie na smiesnej zwisajacej lodydze. Na sam koniec by dobic nasze nogi zaczelismy biec. Potem tylko rozciaganie i ostatecznie pozegnianie z gora. Mam piekny certyfikat z podrozy. Maly lunch na dole, kolejne rozmowy z wymiataczem gorskim z Kanady i podroz do Sepiloku.

Sepilok – schronisko orangutanow
Tak naprawde do Sepilogu. Autobus byl wygodny, ale ludzie dziwni i klimatyzacja jeszcze gorsza, plus muzyka i zle spiewajacy Malezyjczycy. Ahh. Wieczorem dotarlismy w okolice slawnej ostoi orangutanow- chyba moge tak to nazwac. Nocowalismy w polecanym przez przewodnik miejscu, fajny lokal, szczegolnie jak sie podrozuje w duzej grupie, mnostwo przestrzeni, bilard , ping pong i inne rozrywki. Nocleg nie byl ultra tani, ale byly 3 posilki i transport do miasta, co bylo dosc wygodne. Wieczorna partyjka w bilarda, niestety nie mielismy szans z lokalsami. Aaa tam wszyscy mowia, ok ok ok ok – ok. …. hmm. Ok. Wieczorem zobaczylismy jeszcze czarna modlszke, chyba tak moge ja nazwac. Byla dosc wystraszona i nam ladnie – groźnie pozowala.
Rankiem sniadanie i ogladanie orangutanow.
Osrodek zostal stowrzony 1967 czy cos takeigo przez jakas madra Pania. Okazuje sie ze orangutany sa tylko na Borneo i na Sumatrze, co mnie bardzo zdziwilo. Ratuja tu orangutany i inne maplki, ktore inaczej by sobie nie poradzily. Probuja im pomoc sie nauczyc jak zyj w dzungli. Nie wszyskim sie to udaje, ale wazne, ze sie staraja. Sa 2 pory karmienia, na specjalnej platformie. Nie wszystkie malpki tam przychodza, roznie to bywa, ale dosc milo sie na nie patrzy jak czekaja na Pana z bananami lub mleczkopodobna papka. Widzialam orangutny, chyba starego szympansa i te male dzikusy makaki. Malpy sie oczywiscie bily o jedzenie, a dzwieki ktore przy tym wydawaly byly super. Sam glos dzungli jest zadziwiajacy i zupelnie inny od wszystkiego co wczeniej slyszalam w lesie.
Porobilam troche kiepskich zdjec z platformy, wrocilismy zobaczyc malpkowy film ,a pozniej jeszcze udalo nam sie wejsc na blotnista sciezke. Zostalismy ostrzezeni przed pijawkami, ale to nie pomoglo. Ja mialam z 8. Nie zartuje. Krzyczalam jak wariatka jak sie jakas przyczepiala, ale nie mozna bylo nawet zrobic zdjecia, one sa tak sprytne ze wyciagaja jeden koniec z liscia i sie szzybko przyczepiaja i nie chca oczywiscie odczepic. Obslizgle dranie. Jednej nie zauwazylam i nie czulam i troche sobie possala mojego palca u stopy i jak ja wyrywalam to byla juz grubasna. Wracajac zobaczylismy malpy na naszej drozce. Ja sie oczywiscie glupio cieszylam i robilam zdjecia, do czasu gdy malpia mama zaczela biec w moja strone, pokazywac zeby. Myslalam, ze mnie ugryzie i oczywsiscie z krzykiem ucieklam z miejsca zdarzenia. Wiem wiem , nie powinnam krzyczcec w dzugnli, ale byscie zrobili to samo na moim miejscu. Wrocilismy do naszego osrodka, maly lunch i znowu w droge. Zeby pojechac do Semporny, trzeba bylo pojechac do Sandakanu i stamtad autobusem. Czekalismy na jakiegos busa, nic nie chcialo sie zatrzymywac po drodze, ale na szczescie jakis przemily Pan sie nami zainteresowal i nas zabral i zawiozl wprost pod dworzec.

Semporna
Autubusow po godzinie 13.30 juz nie ma. Minivanow niby tez nie, na szczescie Francuz szybko znalazl lokalnych przyjaciol i zaoferowali ze nas zawioza na przystepna cene. Ale musimy poczekac na jeszcze z 2 osoby. No i czekalismy tak z 1,5 h. Rozpetala sie burza, w koncu wsiedlismy do wana, z jakimis dziwynmi osobabami, zawiezlsimy je w przeciwnym kierunku do naszej trasy, potem zmiana auta na te ichniejsze ultramale i podroz w 5 osob w takim tico do semporny. 6 godzin podrozy, na koniec bylo to juz dosc straszne, bo byla taka ulewa, ze nie widac bylo drogi i trzeba bylo bardzo wolno jechac. Dotarslimy po polnocy, hostel dziwnym trafem byl drozszy nic hotel, ktory za taka cene byl baardzo przyzwoity. 2 wygodnickie lozka, tv, swieze reczniki, wszystkie szampony, nawet grzebien!( ja nawet nie wzielam szczotki z pl!) Super. Rano trzeba bylo wstac i zalatwic koncowke formalnosci co do nurkowania. Niestety, przez to ze nie zaplacilismy z gory rezerwacja przepadla. A Sipadan Island jest w top10 miejsc na swiecie do nurkowania. Ludzie robia rezerwacje miesiace wczesniej, na szczescie znalazlo sie 1 miejsce do nurkowania na Sipadan Island dla Francuza. Ja nie moglam tam nurkowac, bo po pierwsze trzeba byc zaawansowanym by to robic, wiec mialam tam tylko plywac z rurka. Po 3cie i najwazniejsze, jest tylko 120 zezwolen dziennie na wjazd na te chroniona wyspe, wiec nie dalo sie tego zrobic. Wiec troche szczescie w nieszczesciu. Poszlam szukac nurkowania dla mnie, co tez bylo problemem, bo ludzie wyplyneli juz o 7 rano. Jedna z firm juz wyplynela, ale powiedzieli ze zawroca lodz, wiec szybkie jakies formalnosci, kasa, recznik i w droge.
Poplynelismy na bardzo ladna wyspe. 40min bardzo szybka lodka. Bardzo szybka. Po drodze zjadlam czesc sniadania- pyszny warzywny ryz z jajkiem, ahh przepyszny. Na wyspie mielismy sporo czasu, wiec poszlam porobic zdjecia. Tak sama sobie robilam zdjecia. A pozniej z moim instruktorem Jackiem zrobilismy sobie mala wycieczke dookola wyspy. Pogadalismy troche o Malezji , Europie itp. Ludzie, ktorzy mieszkaja na tej wyspie w zasadzie nie istnieja, nie ma ich w rzadnych zapisach, dzieciaki sie nie ucza. Lowia i jedza tylko ryby. Maja tez problemy z tym ze nie powinno sie niszczyc korali i dlatego tez doszlo to kilku nieprzyjemnych wydarzen i teraz bardziej chronia wyspy i wode. Co smieszne na wyspie byla mala stacja wojska, ponoc na kazdej jest, troche nie moge w to uwierzyc. Siedza tam tylko i pija alkohol. No i w koncu do rzeczy. Do nurkowania!
Moj instruktor Jack byl extra! Zrozumial, ze troche czaje co trzeba robic, wiem ze trzeba splunac tu i owdzie, co robic by wyrownywac cisnienie. Pierwsze koty za ploty, nauczylam sie w pelni oddychac, zakladac i zdjemoac maske pod woda, oczyszczac to i tamto, czyli wszystkie podstawy. Sprawnie mi to poszlo i ku zadowoleniu Jacka moglismy wyplynac na ‘szerokie wody’. Na poczatku uszy mnie bolaly i balam sie ze nie dam rady, ale jakos im nizej tym prosciej dla mnie. Latwiej sie przedmuchuje nos i za chwile bylam juz na 6m , 9miu i w koncu zauwazylam ze jestesmy juz na 12. Taki kurs z Padi nazywa sie Discover Scuba Diving i niby do 12 m mozna zejsc, ale z Jackiem zeszlismy troche nizej. Pod woda jest czadowo, zupelnie innaczej niz tylko z rurka. Ryby byly o niebo wieksze, mnostwo dziwnych stworzen, wszystko jak z National Geographic. Kolorowo, cieplo i uroczo. Widzialam rybki Nemo, dotykalam nawet tego grzebienia w ktorym zyja. Widzialam tez Wieeeeelkiego ZÓŁWIA. Byl wielgachny! Z 1,5m i wielka skorupa i oczywiscie moj żółw zajadal sie czymś. Widzialam jakies dziwnie dluugie ryby, ale tez rybe z kolcami.Nie jestem pewna czy ona sie nazywa tak jak japonska ryba Fugu. Smiesznie ona wyglada bez kolcow, jest troche gruba,trzeba ja wqrzyc i wtedy pokazuje kolce. I tez ja trzymalam w raczkach! Dosc smieszna ma skore. Widzialam rozne dziwne zwierzeta, rosliny i wszytko jest przeciekawe pod woda. Zupelnie inny kolorowy swiat. Tak wiecej cala szczesliwa plywalam i podziwialam sobie to wszystko. Ostatecznie nurkowalam 53 minuty, niby 12,1 m, temperatura 29’ (Jack mowil caly czas ze jest zimno! Dosc sporo o tym rozmawialismy i o polskich warunkach do nurkowania ) Potem troche podjadlam, wzielam pletwy i maske i posnorkowalam troche, pan kierowca z lodki z radoscia powozil mnie po roznych miejscowkach i w jedn ej widzialam wwwwwiiieeeelka lawice ryb, miliony ryb plywajacych pode mna, taki szlak rybny. Super. Czekalam na zolwie, ale cos nie chcialy sie pokazywac, troche meduz tez plywalo. Poczekalam na inne osoby, ktore mialy oddzielne szkolenie i ok 17 wrocilam ostatecznie do domku. Francuza plywanie bylo jeszcze lepsze, bo widzial rekiny, ale zeby to zrobic, trzeba bylo miec przynajmniej Padi i mozna bylo zejsc nizej. No coz, moje pierwsze nurkowanie bylo dosc dobre, ludzie ktorzy nurkowali juz wiele razy wczesniej mowili, ze na tej mojej wyspie bylo ich najlepsze nurkowanie w zyciu, wiec jestem i dumnai zadowolona z siebie. Wieczorem poszlismy sie spotkac z ludzmi, ktorzy nurkowali z Francuzem. I znowu ta sama mieszanka, Anglia, Irlandia i Kanada. Jest to bardzo smieszne ze spotykalismy ludzi z tych samych panstw caly czas. Piwko i niezly obiad w znanym miejscu. Rozne rybki do sprobowania, duze osmiornice i jakies sashimi ale chyba w tajskim stylu, frytki i ryz. Heh. Baardzo dobre. Pogawedzilismy sobie troche i posmialismy, poszlismy do kolejnego miejsca, tam bilard i jakies nawet mile winko pilam. Bylam w druzynie z Brytolka, ale niestety nie wygralysmy (tylko raz przez faul nam sie udalo). W koncu pora byla spac, pozegnalismy sie ze wszystkimi i nastepnego ranka mielismy troche czasu na czilowanie. Niestety pogoda nie byla za dobra na zwiedzanie kolejnych malych wysp, za to zjedlismy dobre sniadanie, poszwedalismy sie i bardzo szybko zlapalismy busa do Tawau.
Pojechalismy do Tawau bo bylo tam lotnisko, kupilismy tanie bilety, bo inaczej trzeba byloby jechac 12 godzin w autobusie przez caly dzien i prawie za taka sama cene. W Tawau poszlismy na smieszny market, zjadlam super nalesnika z maslem i orzechami. Byl wieeegachny i gruby. Do tego 2 oponki. Zaplacilam 2 zł. Niezle. Chce takie cos tu na codzien. Dlatego serio jedzenie w Malezji jest o niebo lepsze i bardziej ekscytujace. Mozna zjesc taniej i lepiej. Moze to wynika z faktu iz tutaj trzeba sie zywic w biznescenter w stolicy, ale i tak jedzenie z ulicznych stoisk jest tu w porzadku i jest tanie. Za to po 20 nie mozna juz na takie cuda liczyc. Po zwiedzaniu tamtejszego targowiska znalezlismy sie w paczkowym niebie gdzie wydalismy troche pieniedzy na rozne pysznosci. Bylo warto! Pojechalismy na lotnisko, lot byl znowu opozniony, tym razem az o godzine, wiec czytalismy sobie historie Malezji. Jak ktos ma czas to moze sobie poczytac. Dosc duzo nacji wplynelo na to jak teraz wyglada Malezja i Borneo.
KK again
Powrocilismy do KK. I znowu problem z wyjazdem z lotniska, ale udalo mi sie poprosic jakiegos Pana i nas wywiozl i zawiozl pod sam hotel. Nasz hotel byl pelny, ale zostawili specjalnie jedno miejsca na noc dla nas w tym samym pokoju co zawsze. Takze Pan Szef sie spisal swietnie.
Skontaktowalismy sie z lokalnymi surferami i rano ok 7/8 nas zabrali na miejscowke. Jest ona przy samym pasie do ladowania na lotnisku, wiec mozna bylo sobie przy okazji poogladac. Woda nie byla za piekna, ale ciepla. Zostalam nawet wyposazona w koszulke i deske tylko dla mnie. Ludzie byli przemili, na miejscu mieszka tam teraz tez pewnien Brytyjczyk wiec jeszcze ciekawiej. Lokalna scena prawie nie istnieje, ale na FB preznie dzialaja i staraja sie wszystkim pomoc. Fale nie byly takie zle, jak dla mnie idealne, moze nie zawiele dobrych dla mnie, ale dno bylo w porzadku. Wiec cos tam zlapalam, troche posurfowalam na kolanach, ale i tak bylo milo. O 12 trzeba bylo wracac na lotnisko i tak wlasnie wrocilam na Filpiny. Potem tylko wizowe formalnosci, na szczescie wszystko sie udalo, wsiedlismy do busa i przyjechalismy do Makati.

Nie wiem czy ktos doczytal do konca, ale musialam spisac wyprawe. Troche mi to zajelo. Zobaczcie zdjecia i serio polecam Borneo. Jak ktos ma wiecej czasu to warto pospac w longhousie, nam sie to niestety nie udalo, i wycieczka w dzungli tez pewnie jest super i przejazdzka rzeka. Ale moja wycieczka i tak byla bardzo obfita w rozne niesamowite przygody, ludzi i miejsca. Polecam !

Podsumowujac, można śmiało powiedzieć, że „We did Sabah!”
Przepraszam za opóźnienia…

Zdjęcia tu:

MalaysiaWP
Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Boracay – czyli tam gdzie duzo bialych

Boracay
Pierwsze skojarzenie tej malej wyspy to Mikolajki.(na szczeisie nie do konca trafne ) Boracay to taka wysepka z milionem restauracji knajp i roznych miejsc, gdzie sie wydaje po prostu pieniadze. Przylecielismy znow Airphilexpressem, znowu z opoznieniem, ale tym razem Bombardierem! Aaa. Smieszny smiglowy samolocik na niewiele pasazerow, lotnisko znajdowalo sie na innej wyspie i juz bylo widac po nim ze probuja byc luksusowi. Po oplaceniu jakis podatkow srodowisk wsiedlismy na lodke i ruszylismy na nasza 7kmowe wyspe.
Oczywiscie juz jakas lokalna Pani nas wychaczyla przed lotniskiem i w sumie znalazla nam tanie mieszkanko. Domek byl bambusowy, z taraskiem, ciepla woda, nawet bylo tv i oczywiscie duzo mrowek i innych stworow. Nie mielismy widoku na morze, bo za to trzeba bylo by placic dodatkowo, ale jak za miejsce do spania na Boracayu to nie zaplacilismu duzo, bo 500php na 2 osoby za noc czyli jakies 18zl za osobe Poplywalismy, spotkalismy sie z osobami, ktore przylecialy wczesniejsszym samolotem, zjedlismy jedzenie w ALL u can eat i ruszylismy na nocna eskapade. Przysiedlismy w plazowym barze z milym zespolem na zywo, ktory gral tak, ze mozna bylo sobie konwersowac 
Kamila ktora pije tylko piwo i wino poprosila odobrego malo al=lkoholowe drinka i dostala cos przepysznego taki milkshake z baleysem, czyms tam i jeszcze czyms. Pyszne, nawet Iwo zasmakowal sobie 
Dowiedzielismy sie od Pana barmana, ze jest tez ostatni dzien Full Moon Party po drugiej stornie wyspy, tylko ze trzeba przyjechac po 1 w nocy. Tak tez zrobilismy, ale okazalo sie ze to calonocna impreza i praktycznie nie bylo nikgoo. Ale bar na plazy, tance na piasku i wszystko takie wakacyjne. Wszysycy tanczyli sobie, nawet plywali, ale do 6 rano nie wtrzymalismy i w deszczu wrocilismy tricyklem. Spanko i rankiem wstawanko. Woda przezroczysta, niebiesciutka, w naszej czesci wyspy malo ludzi – bo to ta tansza czesc  Kapanie, lezenie itp Wieczorem wybralismy sie na market rybny gdzie kupujemy na kg pysznosci, wybieramy nastepnie bar w ktorym to tez na kg robia. Wybralysmy z dziewczynami krewety. Wieeeelkie krewety – olbrzymy. Niestety nie okazaly sie dla mnie laskawe, i rankeim przebudzilam sie z ich powodu i przez caly dzien umieralam probujac je z siebie na rozne sposoby wydobyc. Nie bylo to mile, bo tego ranka mielimy zamowiona motorowko –cos-katamaran. Zabrali nas do miejsca gdzie sobie ponurkowalismy z maskami. Taaakie ryby, jadly nam z rak i sie daly praktycznie glaskac. Potem na tajna wyspe gdzie przygotowali nam jedzenie – ja wtedyoczywiscie tylko banany jadlam, spalam i latalam do lazienki. Potem na wedkowanie, na kolejna wyspe – muszelkowa i znowu maska i plywanie. Chlopaki nawet zlowily jakies rybki i je poziej wypuscili. No i powrot, goraczka, przeszla i jakies wyjscie wieczorem na ‘piwko ktore w moim przyzpadku bylo woda’. AAA poprzedniego wieczoru zrobilismy sobie super benzadzijene tatuaze z henny. Moj praktycznie juz drugiego dnia byl niewidoczny. Ja mam gejsze z krzywymi ślepiami (bo jak sie pozniej okazalo, moj Pan tatuazysta byl chyba odurzony roznymi srodkami ). Kolejny ladny zachod slonca, kolejne owocowe koktajle. Kolejny dzien, znwou plywanko i obijanko, poszlismy z Iwo na super manicure za 60 peso czyli 4zł i mam paznokcie pomalowane na zolto!!!! Kolejny zachod, odpoczynek, wieczorem chlopcy bronili honoru swoich krajow i musieli wypic 15 roznych szotów, stac cally czas i wtedy kraj dostawal jeden punkt. Polska jest gdzies na 15 miejscu ( tuz przed Belgią ) z ok 50 punktami. Takze jak chcecie by PL byla wyzej w rankingu, to przyjezdzajcie na Boracay.
Lot powrotni na szczescie byl na czas. Wiec zdarzylismy do szkoly idealnie na zajecia. Iwo jeszcze tego ranka poszedl skakas ze skal. Ja spalam grzecznie Co do ludzi, to jescze nie widzialam tylu bialych na Filipinach co tam, i mam nadzieje ze nie zobacze i chyba tak bedzie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz